live

live

niedziela, 22 czerwca 2014

Na spinning!!

Dzisiaj będzie dużo, bo...JESIOTR!
Ale od początku. Planowany wyjazd, wiadomo, kilka minut po czwartej. Ale, kiedy wstaliśmy po trzeciej, stwierdziliśmy, że za każdym razem, kiedy tak wcześnie wyjeżdżaliśmy, do godziny dziewiątej nic się nie działo, więc wyjechaliśmy o siódmej. Biały, rosówa, dendrobena, wątróbka, Big Carp natural, ciasto domowej roboty (drożdże, cukier, mleko, mąka i białe robaczki) no i spinning. Do godziny piętnastej (chyba, bo czas dziwnie szybko płynął) cisza. Wszędzie. W międzyczasie padało kilka razy, zdążyliśmy rozłożyć namiot, żeby nie zamoczyć sprzętu i jedzenia ( ;D ). Na zmianę chodziliśmy spinningować. Jedno pilnowało wędek, a drugie myślało, że coś złapie na kolorową gumę na końcu plecionki haha No i koło tej piętnastej stwierdziłam, że nic z wyżej wymienionych przynęt i zanęt nie da satysfakcjonującego wyniku połowu. Woblery, kopytka i blachy przypięte do klapki koszuli, wędka w rękę i do boju! Spinningując na drugim zbiorniku widziałam, jak panowie wyciągają dwa spore karpie (Podczas bezrybnego dnia nawet to by nas cieszyło) i miałam wracać do M, żebyśmy się przenieśli. Ale..przecież nie będę nadrabiać takiego kawału drogi dwa razy, więc poszłam dalej - na ten sam bezbraniowy zbiornik, na którym siedzieliśmy poirytowani już tyle godzin. Pierwszy rzut, dwa ruchy kołowrotkiem i JEST! Pierwszy raz (w końcu!) mam coś na spinning! Dobrze, że nie było akurat nikogo obok, bo by się dziwnie patrzył, na babę cieszącą się, jak wariat i gadającą do siebie. No cieszyłam się! Jak cholera! Bo pierwszy spinningowy, bo duży, bo mój! Chwila walki i co widzę? Jesiotra, złapanego za ogon. Drugi ogonowy przyłów. I co? I znów się zepnie i nikt mi nie uwierzy, że na spining i że jesiotr. Puściłam go trochę, ale nie walczył już zbytnio. Dobrze, że brzeg był łagodny i woda płytka, to wlazłam do wody i go wyciągnęłam. Nie wiem, jakim cudem się zaciął i to tak głęboko w ogon, ale udało mi się! Zostawiłam wędkę i szczypce, bo przecież trzeba się pochwalić narzeczonemu. Chłopakom, którzy wyciągnęli te dwa karpie, oczy wyszły na wierzch ;P Z połowy drogi darłam się do M., ale pod wiatr i nic nie słyszał. Jego mina jak zobaczył, z czym do niego idę? Bezcenna ;D Trzy zdjęcia, mierzenie i do wody! Moje 86 centymetrów szczęścia! ;D
Brak maty, bo wszystko pochowane przed deszczem w namiocie. Wróciłam po wędkę rzuconą w krzaki i porzucałam jeszcze w to samo miejsce, bo skoro jesiotr grzał się tam pod wodą to i może szczupak się przypałęta. Ale w końcu stwierdziłam, że wrócę pilnować dobytku, niech M. sobie pospinninguje. Jak to mówią: Głupi ma zawsze szczęście!



Ale to nie koniec rewelacji. Oczywiście nic więcej nie wyciągnęliśmy, ale branie porządne było. M. na wojażach spinningowych, a ja rzucałam w pobliżu. Rzucałam to dobre słowo, bo rzucałam też i wędką, kiedy zobaczyłam rosówkową bombkę w górze i szalejącą wędkę. Nie chcąc popełnić wcześniejszego błędu (czyt. zepsuć brania) zwolniłam hamulec i o dziwo (wcześniejsze brania były chyba udawane, albo znów wszystko wyżerała drobnica) coś zaczęło wyciągać żyłkę. Odjechało kilka metrów i zacinam. Nie wiem, co tam było, ale przy zacięciu wyrwało końcówkę podpórki razem z bombką. Przez jakieś 5 sekund siedziało na haku, a potem cisza..Nie wiem, czy to przez to, że ściągając żyłkę bombka i część podpórki ją plątały przy przelotce, czy przez za mały hak, czy przez moją głupotę..Ale wiem jedno - nie przeżyję tego! Jak M. wrócił i mu to opowiedziałam nie chciał do końca uwierzyć, ale jak zobaczył stan techniczny bombki, chyba wiedział, że jaj sobie nie robiłam. Na domiar złego to była ostatnia rosówa, więc byłam jeszcze bardziej zła. Narzeczony się tylko śmiał, bo chodziłam i przeklinałam pod nosem. Humor poprawił się później, kiedy odkryliśmy nowe metody noszenia kondoma wędkowego i kiedy wracaliśmy obładowani, jak tragarze, z butelką picia w kapturze, wiaderkiem przywiązanym do plecaka i dwoma krzesłami i namiotem na szyi. Nie dziwię się, że przechodzący obok ludzie dziwnie patrzyli ;D
Swoją drogą, nie mogę zrozumieć, jak to jest, że większość wędkarzy, których tam spotkaliśmy, cały ekwipunek zmieściło w plecaku i jednej ręce. Tylko my, jak te woły z połową sprzętu na plecach, z drugą połową w rękach i jeszcze z trzecią, niewiadomego pochodzenia, połową na szyi. Bo przecież wszystko potrzebne.. Dlatego zawsze przedłużam moment zbierania się, bo nie znoszę tego pakować! ;D

To chyba tyle.
Połamania!


PS. Nie wiem, czemu taka okropna jakość filmu!

A.

piątek, 20 czerwca 2014

Cisza...i...małża?!

Czasu oraz chęci, aby tu zaglądać nie było. Ale w końcu się zmobilizowałam, bo zaległości są, a kolejna wyprawa za pasem! Siódmy czerwca, tradycyjnie wyjazd po czwartej, rytuał ten sam ;-) Jedyna różnica taka, że mieliśmy 6 wędek ;-) Nawet jakbyśmy mieli i 20, to pewnie wynik byłby taki sam... Mgła utrzymywała się chyba do południa, dosłownie nic nie było widać. Dzień wcześniej spóźniliśmy się jakieś 15 minut po karasie..więc stwierdziłam, że trzeba spakować i bat, może akurat szczupły się znów połakomi. I gdyby nie ten bat, dzień zaliczylibyśmy do bezrybnych. Ale czy dwie pięciocentymetrowe płotki się liczą?

Trzy kije na grunt, bat, żywcówka i leżący w trawie spinning (coś nam opornie idzie to spinningowanie). Na gruncie to, co zawsze, jeden na wątróbkę. Gruntówki dwa razy prawie spadły z podpórek, ale to by było na tyle. Żadnego porządnego i wartego uwagi brania. Wątróbka tak, jak poprzednio, obgryzana przez drobnicę. Próbowałam nawet na moje ulubione kabanosy ;P Skoro mi smakują, to czemu ryby miałyby się nie połakomić. Ale nic z tego. Zrezygnowana rozłożyłam bata, na którego M. złowił te nieszczęsne płocie z przeznaczeniem na przynętę. Ten dzień był chyba odgórnie nazwany bezowocnym, bo przy którymś z kolei rzucie żywcem, urwałam zestaw. Dobrze, że wiater (po krakowsku oczywiście! ;D) wiał do brzegu, to chociaż uratowaliśmy spławik. 
Ale...Złowiliśmy małża!(małże?) Na wątróbkę. Kij nieruszany stał chyba z pół godziny, po czym M. wyciąga, a tam małż. Zamknął się na wątróbce. Jak opowiedziałam o tym tacie, powiedział, że trzeba było zrobić zdjęcie i do magazynu wędkarskiego wysłać jako ciekawostkę ;D Ludzie żółwie wyciągają, a my się małżem mamy chwalić? 
I to by było na tyle z tamtego dnia. Nawet bezowocny dzień na rybach, to dobry dzień! Nigdzie chyba nie ma takiego spokoju i nie można tak się odstresować, jak przy kiju ;-) (Nie mówię tu o odpoczywaniu, bo na rybach się odpocząć nie da. Zawsze wracamy tak zmęczeni, jakbyśmy cały dzień w kamieniołomie przepracowali i zasypiamy z kurami ;D)
Ostatnio czasu nie było, ale szanowny niby mąż w niedzielę zaczyna urlop, dlatego też świętujemy tydzień wolnego na rybach! 
Będziemy polować na lina, dlatego też będę robić jutro ciasto drożdżowo - robaczkowe ;-) Jak wrócimy, zdamy relację, jak się sprawuje ;)



Połamania! 









A.

piątek, 23 maja 2014

Postanowienie noworoczne - SPEŁNIONE!

Środa, godzina 4 wyjazd. Prognozy mówiły, że ma być 30 stopni. I już przed godziną siódmą paradowałam w stroju kąpielowym - bo czemu nie połączyć przyjemnego z przyjemnym ;D Rano cisza. 4 wędki - początkowo 3 na grunt i jedna z żywczykiem. Na gruncie albo sama kukurydza albo z białym albo sam biały. Zaczęło się coś ruszać dopiero koło 8-9. Najpierw węgorz... Kiedy wyciągałam pierwszego węgorza ostatnim razem, cieszyłam się, bo pierwszy i w ogóle..ale wtedy się wkurzyłam, bo jak tylko zobaczyłam, co siedzi, już wiedziałam, że po przyponie.. Wziął na białego. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że hak połknął chyba przy samej dupie..No nic.. trzeba założyć większy haczyk i działać dalej ;-) Chwilę później kolejne branie. Znów coś srebrzystego pod powierzchnią.. Tylko nie węgorz! Na szczęście.. jak dla mnie leszcz, tylko jakiś dziwny - wrzucę zdjęcie i będę liczyła na waszą znajomość i pomoc w rozszyfrowaniu, cóż takiego tym razem siadło na haku ;-) ALE DO RZECZY! Jakiś czas później na grunt kolejne branie. Znów węgorz.. W tym samym czasie, kiedy holowałam sznurówkę, M. krzyczy, że spławika żywcowego nie ma! Rzuciłam wędkę (bo przecież szczupły ważniejszy od węgorza!) i pobiegłam. Faktycznie! Nie ma. Hamulec popuszczony, więc mówię M, żeby poczekał, niech się trochę pobawi z karasiem (o ile w ogóle tam jest). No i czekaliśmy chwilę i nagle szczupły wyskoczył z wody i potem cisza. Spławik stał w miejscu, ani nie drgnął. No trudno, przynajmniej wiemy, że szczupaki się kręcą ;-) Wyciągnęłam węgorza, wrócił do wody i mówię do M., żeby ściągnął żywca. Ale on znów krzyczy: JEST! ANKA JEST COŚ! Udało się! Siedział ładny szczupak! Kazałam M go zmęczyć, ale za bardzo nie walczył. Poczekałam aż będzie w bezpiecznej odległości i podebrałam. Byłam gotowa nawet wleźć do wody, bo nie darowałabym sobie, gdyby się spiął, jak ten ostatni jesiotr przy podbieraku haha Przez jakieś 10 minut szczupak siedział na haku nieruchomo, nie było nawet najmniejszego podrygu! Dlatego tak się ucieszyliśmy, kiedy w końcu go wyciągnęliśmy! 48 CM SZCZĘŚCIA! Postanowienie noworoczne spełnione, pierwszy szczupły w życiu! Mały ale cieszył ;-) Później tylko przybijaliśmy sobie piątki ciesząc się i mówiąc: aaaaaaaaaaa, mamy szczupłegooo! Hahaha
Upał był niesamowity, wylaliśmy na siebie dwie butelki wody pod parasolem i nic. Dalej gorąco. O godzinie 9 grzało jak w lipcu w południe. Aż się zdziwiliśmy, że cokolwiek brało przy takim skwarze. W pewnym momencie nawet usnęłam na siedząco, bo tak nas wymęczył ten upał. Ale mimo wszystko wracaliśmy uśmiechnięci i szczęśliwi ;-) W moim kalendarzu, na pierwszej stronie, do ryb złowionych dołączył szczupak ;D Wiem, że pewnie niektórzy śmieją się, jak można się tak cieszyć ze zwykłego szczupaka..no ale proszę Państwa..po 15 latach w końcu spełnić marzenie, to jest coś! ;-))





Leszcz czy nie leszcz? 





A.

wtorek, 20 maja 2014

Bo są rzeczy ważne i ważniejsze ;-)

Postanowione! W środę o 4 wyjazd ;-) Przełożyłam lekarza, M. fryzjera, tylko po to, żeby spędzić cały dzień na moczeniu kija ;-)

                       A.

sobota, 17 maja 2014

Od małego na całego ;-)

Z lewej: Wisła Łęg. Z prawej: Podgórki Tynieckie.

Robiąc ostatnio porządki, znalazłam zdjęcia z dzieciństwa - wędkarskie zdjęcia! ;-) Z racji tego, że pogoda nie dopisuje, pomoczyć kija wybierzemy się dopiero w środę (oby te prognozy się sprawdziły!!). Zdjęcie z lewej - niedzielna wyprawa na działkę do dziadków, a że Wisła za ogrodzeniem i Tata wożący wędki zawsze w bagażniku...to i grill skończył się na rybach...;-) A po prawej - w taki sposób często spędzaliśmy niedziele z sąsiadami ;-) I pamiętam, jaka radość była, kiedy ja coś wyciągałam, a Tata nie. Do dzisiaj nie zapomnę swojej pierwszej ryby - karpia. Ściągałam pustą wędkę, bo już się zbieraliśmy i podczas holu zaczepiłam karpia. Nawet Tata był zdziwiony, że taki duży i że go wyciągnęłam! ;-) A wędka ze zdjęć do tej pory jest moją ulubioną, przetrwała tyle lat i teraz sprawdza się jako spinningówka.
Oby środa wypaliła!






A.

środa, 7 maja 2014

JejejejejeJESIOTR.

Tak jak wspominałam ostatnio, w niedzielę wybraliśmy się połowić. Wiało przeokropnie, dlatego rozłożyliśmy namiot, w którym przesiedzieliśmy praktycznie cały czas. Zanęta Big Carp, najpierw halibut, później miód. Ta druga o wiele lepiej sprawdziła się poprzednim razem (sandacz i węgorz). Ale w niedzielę byliśmy bliscy połamania wędek na kolanach. Przez calutki dzień bombka non stop skakała, każde zacięcie kończyło się pustym hakiem. Sama drobnica wyżerała robaki i kuku. Zanim zdążyliśmy podnieść tyłki z namiotu już cisza.. Wypróbowaliśmy również metodę The method, ale nic z tego. W końcu (od godziny 5 do 12 cisza!) branie! M. zacina, ciągnie. Pierwsze wrażenie? Karp. Chociaż nie było go widać, a karpie zazwyczaj przy holu dają się ciągnąć tuż przy powierzchni. Pod koniec zaczął walczyć i okazało się, że to wcale nie karp, a piękny (około 50cm) jesiotr. Niestety złapany za ogon. Tuż przy brzegu, kiedy próbowałam go podebrać, machnął ogonem i poszedł razem z przyponem... Szanowny nie-mąż wydarł się na mnie, że to moja wina, że to przeze mnie, naopowiadał kolegom w pracy, że przeze mnie nie złapał jesiotra. Szkoda tylko, że nie opowiada, jak się zachowuje, kiedy urwie mu się przypon ;-D (Aniuu, kochanie Ty moje, chodź mi zawiąż, skarbeńku, no chodź ;P). Niestety trzeba było wracać na rodzinnego grilla, więc wróciłam z pustymi rękami i obrażonym narzeczonym ;P
A teraz próbuję znaleźć skuteczny sposób namówienia go na niedzielną wyprawę na ryby. Bo coś mi marudzi, że za dużo i za często i że na następne dopiero za miesiąc..;D


Łowi ktoś z Was tą metodą? Sprawdza się? 
Zestaw do metody THE METHOD



A.

sobota, 3 maja 2014

Jestem leszczem.

Drugi maja. Pobudka przed 4. Wyjazd 4.30. Na miejscu przed 5. Rozkładamy sprzęt - w sumie zostawiłam to chłopakom, bo sama pobiegłam spinningować. Obrotówki, gumy, niegumy...efekt? Półgodzinne męczenie z zaczepem, a M złowił całkiem spory konar ;-) Ale zacznijmy od początku. Jak wspomniałam, porwałam spinning i poszłam w "rybne tango". Gruntówkę zostawiłam Przemkowi. Wyobraźcie sobie, jak skoczyło mi ciśnienie, kiedy byłam kilka metrów dalej, a on ciągnął rybę. Leszcza. No ale dobra, przecież też w końcu coś złowię. Nie było już tak kolorowo, kiedy na moją wędkę wyciągnął...SANDACZA. Wtedy ciśnienie podskoczyło nie tylko mi, ale też narzeczonemu. Jakim prawem on, a nie my?!?! Sandacz wziął na białego i kukurydzę. Jak zadzwoniłam do taty, żeby się pochwalić, sam był zdziwiony, na co wziął. Obie wzięły przed godziną 9. Później zaczęło tak wiać, że nie wiedzieliśmy, gdzie się schować. Ale i ja miałam tego dnia szczęście. Tylko biedny Mateusz smutny, bo nic nie wyciągnął. Przeżyłam wczoraj swój pierwszy raz, bo złowiłam WĘGORZA. Byłam dumna, mimo, że to chyba najbardziej obślizgła ryba świata. Uwieczniony na zdjęciu, dopisany do listy złowionych gatunków ryb w kalendarzu. Teraz pozostało mi tylko odfajkowywać kolejne ;-) Dalej czekam na szczupaka i tego nie odpuszczę. Może być mały, ale być musi! ;-)
Z racji tego, że mamy jeszcze niedzielę wolną, namówiłam Mateusza, żeby był jutro gotowy o 4.30 ;DD Kolejna wyprawa przed nami. Zaopatrzeni, zwarci i gotowi ruszamy jutro rano na podbój.
A w związku z tym, że M wczoraj nic nie złowił, poświęciłam się i mianowałam się jego własnym leszczem ;-)




Nie przeżyję tego sandacza..;D



A.